logo
Aktualności

Niezwykła historia Marii Klementyny Sobieskiej

W historii urszulanek można znaleźć wiele niezwykłych spotkań. Spotkań, których niekiedy nie spodziewalibyśmy się za klasztorną furtą. Przez wieki nasze domy stawały się miejscami, gdzie krzyżowały się drogi ludzi różnych kultur, narodów i historii. Jedno z takich spotkań wydarzyło się w Rzymie w 1719 roku, kiedy do klasztoru urszulanek przy Via Vittoria przybyła młoda kobieta związana z polską historią królewską - Maria Klementyna Sobieska, wnuczka króla Jana III Sobieskiego.

Jej życie od początku naznaczone było wielkimi oczekiwaniami. Urodzona w Oławie 17 lipca 1701 roku, była córką Jakuba Sobieskiego, syna zwycięzcy spod Wiednia. Los przygotował dla niej jednak nie tylko królewskie pochodzenie, ale także niezwykle burzliwą przyszłość. Została wybrana na żonę Jakuba Franciszka Edwarda Stuarta, syna obalonego króla Anglii Jakuba II. Małżeństwo to miało znaczenie nie tylko rodzinne, ale również polityczne, gdyż wielu widziało w nim możliwość odrodzenia dynastii Stuartów na angielskim tronie.

Droga Marii Klementyny do przyszłego męża nie była łatwa. Władze angielskie obawiały się tego małżeństwa, dlatego młoda księżniczka została zatrzymana w drodze do Włoch i przez kilka miesięcy przebywała w Innsbrucku. Ostatecznie dzięki pomocy irlandzkich oficerów udało jej się uciec. Po drodze zatrzymała się w Bolonii, gdzie 9 maja 1719 roku odbył się ślub per procura, czyli przez pełnomocnika. Następnie udała się do Rzymu, gdzie oczekiwał jej papież Klemens XI. Nie była ona dla niego jedynie młodą księżniczką uwikłaną w europejską politykę, ale osobą szczególnie bliską jego sercu, ponieważ była jego chrześnicą. Papież Giovanni Francesco Albani, który przyjął imię Klemens XI, znał jej rodzinę i widział w niej nie tylko potomkinię sławnego rodu Sobieskich, ale przede wszystkim młodą kobietę, która przechodziła przez trudne doświadczenia: uwięzienie, niepewność przyszłości i rozłąkę z najbliższymi.

Jej małżeństwo z Jakubem Stuartem miało także wymiar religijny. Jakub był synem katolickiego króla Anglii Jakuba II, który utracił tron po wydarzeniach zwanych chwalebną rewolucją. Maria Klementyna, poślubiając go, stawała się częścią historii katolickiej rodziny królewskiej pozbawionej władzy, ale zachowującej nadzieję na powrót do ojczyzny. To właśnie wtedy rozpoczął się niezwykły rozdział jej historii związany z urszulankami.

Schronienie u urszulanek

Zanim Maria Klementyna spotkała się ze swoim przyszłym mężem, przez cztery miesiące zamieszkała w klasztorze urszulanek przy Via Vittoria w Rzymie. Nie był to przypadkowy wybór. Historia tego miejsca sama była związana z królewskim światem. Klasztor został założony w 1688 roku dzięki staraniom Marii d’Este, żony króla Anglii Jakuba II, oraz jej matki Laury Martinozzi, księżnej Modeny. Obie kobiety podczas pobytu w Brukseli poznały urszulanki i zapragnęły, aby ich wspólnota powstała również we Włoszech.

Można więc powiedzieć, że kilka pokoleń później historia zatoczyła koło. Urszulanki, które wcześniej związały się z losem angielskiej rodziny królewskiej, przyjęły pod swój dach Marię Klementynę Sobieską - polską księżniczkę, która miała zostać królową Anglii.

Przygotowanie klasztoru na przyjęcie tak wyjątkowego gościa odbywało się z wielką troską. Na polecenie papieża wybrano sześć pomieszczeń, które miały stać się jej mieszkaniem. Zadbano o ich wyposażenie tak, aby odpowiadały godności królewskiej narzeczonej. Jednak za tymi królewskimi przygotowaniami kryła się także zwyczajna codzienność. Maria Klementyna nie była jedynie symbolem politycznych nadziei. Była młodą kobietą, która znalazła się daleko od domu, w niepewnej sytuacji, oczekując na spotkanie z człowiekiem, którego miała poślubić.W klasztorze urszulanek przeżywała ważne chwile swojego życia. Tam obchodzono urodziny jej przyszłego męża Jakuba III, a także jej własne urodziny 17 lipca. Z tej okazji przygotowano uroczysty obiad, a dla królowej wykonano specjalną kantatę na trzy głosy.

Choć mieszkała w klasztorze, jej obecność przyciągała uwagę całego Rzymu. Kardynałowie, książęta, ambasadorowie i mieszkańcy miasta przychodzili, aby ją powitać. Papież przesyłał jej dary, a rzymska wspólnota okazywała jej wielki szacunek. We wrześniu 1719 roku Maria Klementyna opuściła klasztor urszulanek i udała się na spotkanie z Jakubem Stuartem. W Montefiascone odbył się drugi ślub, tym razem już z obecnością jej męża. Jednak więź, która powstała między nią a urszulankami, nie zakończyła się wraz z opuszczeniem klasztoru.

Maria Klementyna często wracała do sióstr. Odwiedzała je razem z mężem, wspierała ich wspólnotę i obdarowywała klasztor. Urszulanki zapamiętały ją nie tylko jako królową, ale przede wszystkim jako kobietę pełną dobroci, pobożności i prostoty. Po jej śmierci w 1735 roku wspólnota zachowała o niej wdzięczną pamięć. W 1734 roku, jeszcze za jej życia, siostry umieściły w klasztorze tablicę upamiętniającą jej pobyt i dobroć. Na tablicy zapisano, że Maria Klementyna dzięki swojemu długiemu pobytowi i przykładowi cnót uczyniła klasztor bardziej znanym, a swoją królewską hojnością obdarowała go licznymi darami.

Dziś ta historia przypomina nam, że klasztory nie były jedynie miejscami oddalonymi od świata. Często właśnie tam spotykały się wielkie wydarzenia historii z cichą codziennością modlitwy. Za murami urszulańskiego klasztoru młoda księżniczka z rodu Sobieskich czekała na swoją przyszłość, a siostry stały się świadkami jednego z niezwykłych momentów w dziejach europejskich rodzin królewskich. Historia Marii Klementyny Sobieskiej pokazuje także, że królewska godność nie zawsze oznacza pałace i dworskie sale. Czasem krótkim, ale ważnym przystankiem na drodze człowieka może stać się klasztor, w którym ktoś przyjmuje go „po królewsku”, z życzliwością, modlitwą i troską.

Od królewskiego życia do pragnienia nieba

Pobyt u urszulanek przy Via Vittoria był tylko jednym z przystanków na drodze Marii Klementyny. W 1725 roku księżniczka schroniła się w klasztorze św. Cecylii na Trastevere. Kobieta, która wcześniej lubiła muzykę, teatr i piękne przedmioty, coraz bardziej wycofywała się ze świata. Najbardziej jednak tęskniła za swoimi synami. Po powrocie do męża w 1727 roku nadal odrzucała organizowane dla niej rozrywki. Wolała odwiedzać kościoły i poświęcać czas modlitwie. Z czasem zmieniło się także jej spojrzenie na dawne życie. Wspominając swoją miłość do kosztownej biżuterii, miała powiedzieć: „O mój Boże! Pamiętasz swą córkę, kiedy zatracałam się w tych szaleństwach?” Coraz mniej znaczyły dla niej dawne przyjemności, a coraz więcej modlitwa i obecność Boga.

W ostatnich latach życia mówiła o wierze z niezwykłym przejęciem: „Chodzenie do kościoła sprawia mi ogromną przyjemność. Nigdy nie czuję się lepiej niż gdy idę do kościoła”. Maria Klementyna pragnęła nawet umrzeć w kościele: „Szczęśliwa ja, jeśli mogłabym umrzeć w kościele przed Bogiem! Nie jestem tego godna. A jakież jest większe szczęście od tego? Jakaż większa łaska dać mi umrzeć w kościele przed Nim?”. Jej słowa zachowały się w dokumentach zgromadzonych w związku z przygotowywanym w XVIII wieku procesem beatyfikacyjnym. Wśród nich znalazły się też relacje świadków, listy i krótkie bileciki Marii Klementyny do jej spowiednika, ojca Pietra Cangiassiego. Dzięki nim możemy zobaczyć nie tylko królową i wnuczkę Jana III Sobieskiego, ale kobietę, która pod koniec życia coraz głębiej powierzała siebie Bogu.

Dwanaście dni przed śmiercią przystąpiła do spowiedzi. Była już bardzo słaba, nie mogła opuszczać łóżka, ale nadal modliła się, czytała, medytowała i śpiewała. Trzymając krucyfiks, powiedziała: „On cierpiał za mnie i za innych, nie ja”. Prosiła też, by mogła umrzeć z krzyżem i różańcem w dłoniach a w czasie agonii, gdy nie mogła już mówić, szeptała tylko: „Jezu”.  Odeszła 18 stycznia 1735 roku, około godziny 23.30. Maria Klementyna nie została ogłoszona świętą, choć Rzymianie żegnali ją jak świętą osobę, a jej pogrzeb zgromadził ogromne tłumy. W dokumentach pozostawiono jednak słowa, które niezwykle trafnie zamykają historię jej życia: „Prawdziwe królestwo, do którego aspirowała, nie było tym Anglii, ale tym Nieba.”

Pomyśl dziś o swojej historii. Być może także na Twojej drodze stanęły kiedyś siostry urszulanki, dzięki którym w trudnym momencie życia odnalazłeś troskę, życzliwość albo po prostu bezpieczne miejsce? Może któraś z urszulanek stała się powierniczką Twoich trudów, pytań i niepewności? A może jeden z naszych klasztorów był dla Ciebie, choćby na chwilę, pewnego rodzaju schronieniem?

Zatrzymaj się dziś przy tych momentach, w których Twoja droga skrzyżowała się z drogą którejś z sióstr. Pomódl się za tamte spotkania. Pomódl się za nas. I zapytaj Boga, czy któreś z tych spotkań nie było przypadkiem znakiem, którego znaczenie odkrywasz dopiero dziś.

Niedzielne Inspiracje - XXVII Niedziela Zwykła

Dzisiejsza Ewangelia prowadzi nas do Jerozolimy. Jezus jest już bardzo blisko swojej męki. W poprzednich wersetach przychodzi do świątyni i spotyka się z arcykapłanami oraz starszymi ludu, którzy pytają Go: „Jakim prawem to czynisz?”. Jezus nie odpowiada im wprost, ale opowiada przypowieść.

Na dziś

Proście Go, uniżajcie się wobec niezmierzonej potęgi Boga.

św. Aniela Merici